Daily Archives 12/04/2015

Kojący wpływ muzyki

Wkrótce zauważono wielki, kojący wpływ muzyki. Przekonanie o tym cudownym wpływie było tak powszechne i tak silne, że na zlecenie miejscowych lekarzy władze miejskie angażowały specjalne orkiestry, aby grały na placach wciąż tę samą, ulubioną melodię, która z tej racji zyskała miano tarantelli. Monotonny rytm melodii najłatwiej wprowadzał chorych w stan półsennego somnambulizmu, kończącego się przeczyszczeniem żołądka. Nierzadko chorzy łączyli się w wielkie gromady, tańcując grupowo przez kilka dni bez przerwy, w końcu padali na bruk z wyczerpania. W myśl zaleceń lekarskich nie wolno było tego tańca przerywać, tylko zabierano pacjenta do łóżka, gdzie dostawał straszliwych potów. Po krótkim odpoczynku od nowa rozpoczynał swój opętany taniec.

czytaj więcej

Josefina Sison cz. II

O tych wszystkich ludziach i z nimi związanych „cudach” nagromadziło się już tyle prawdopodobnych i nieprawdopodobnych, a zawsze ciekawych historii, że nie sposób ich tutaj przytoczyć. Zresztą, autorowi niniejszego szkicu nie zależy bynajmniej na przekonywaniu czytelnika o prawdzie, dlatego podanych zostanie tylko kilka przypadków, stwierdzonych przez szczególnie poważne i naukowe autorytety. Takim autorytetem jest przede wszystkim profesor dr Alfred Stalter, autor książki Psi Healing. Oto, co opowiada: przyjaciel jego Australijczyk, Alex Bull, poskarżył mu się, że kiedyś, przed ośmiu laty, zranił sobie dłoń zbitą szybą z okna. Dokonano natychmiast paru operacji, usuwając wiele szklanych odłamków. Ale, niestety, pełnego władania kciukiem nie odzyskał nigdy, wciąż go coś od wewnątrz kłuło, chociaż promienie rentgena obcego ciała nie wykazywały. Profesor Stalter namówił przyjaciela, aby się poddał zabiegom jednej z filipińskich healerek, niejakiej chirurgicznych, napisał książkę, zaliczając Arigo do fenomenów bezkonkurencyjnych. Owszem, zdarzały się wypadki, że Arigo odprawiał chorego z niczym, nawet rubasznie i obcesowo. „Nie zawracaj mi głowy!” – krzyczał. – „Przychodzisz za późno, kiedy nikt już pomóc ci nie może”.

czytaj więcej

MAGNETYZM

Nad zagadnieniem „siły życiowej” zastanawiali się nie tylko Hindusi. Pracowało nad tym wiele europejskich i amerykańskich autorytetów, ale za ojca tych dociekań należy chyba uznać austriackiego lekarza, Franciszka Antoniego Mesmera (1734-1815), chociaż wówczas, kiedy z ust jego padły dziwne słowa o jakimś „magnetyzmie zwierzęcym” i „hipnotyzmie”, powstało wzburzenie i na wieść o niebywałych wyczynach tego człowieka rząd Francji zwołał specjalną komisję wielkich i mądrych rzeczoznawców, która z miej- ca zignorowała wszelkie przedstawione jej dowody tych niebezpiecznych nowinek i bez najmniejszych wahań i skrupułów wydała wyrok potępiający, nazywając Mesmera szarlatanem. Jeden z członków tej komisji, słynny amerykański wynalazca z dziedziny elektrotechniki, Benjamin Franklin, oświadczył publicznie: „Czego nie można dotknąć, powąchać lub zobaczyć okiem, to po prostu nie istnieje”.

czytaj więcej

Leczenie barwami cz. II

Choroby leczone tą barwą: paraliże, zaburzenia w krążeniu krwi, anemia, rekonwalescencja i fizyczne osłabienie, przeziębienia. Najlepiej naświetlać od stóp do podstawy kręgosłupa, 10 minut na raz. Wchłanianiem i regulacją barw słonecznych zajmują się, jak wiemy, czakry (patrz rozdział pierwszy). Naświetlanie lecznicze należy prowadzić od stóp, podnosząc je wolno aż do czakry miedniczej. Każde leczenie należy kończyć dziesięciominutową kąpielą w świetle zielonym albo niebieskim, co usuwa wszelkie nadprogramowe irytacje psychiczne. Paraliże przeważnie powstają na tle nerwowym (z wyjątkiem wylewów mózgowych, na które kolor czerwony nie ma wpływu). Te właśnie nerwowe paraliże łatwo poddają się kuracji, która trwa przeciętnie trzy miesiące. Początkowo naświetla się krzyż, potem stopy i w górę do kolan, razem około pół godziny. Dr Pancoast w Stanach Zjednoczonych Ameryki przytoczył ogromnie ciekawy przypadek całkowitego wyleczenia zaawansowanej gruźlicy: pani H. miała zaatakowane oba płuca z obfitą prątkującą plwociną ropną, silnym poceniem się nocnym, dreszczami i gorączką, a przy tym obciążenie dziedziczne, bo rodzice pacjentki zmarli na gruźlicę. Sprawa wyglądała beznadziejnie. Ciekawy jest opis dr. Pancoasta, w dosłownym brzmieniu wygląda on tak: „[…] Umieściłem panią H. w czerwonych kąpielach, już po dwóch tygodniach nastąpiła wielka poprawa. Lewe płuco wróciło do normalnej funkcji. Kaszel złagodniał, duszność i dreszcze ustąpiły. Pacjentka wyraźnie zaczęła nabierać sił. Po dwóch i pół miesiącach pozostał jedynie suchy, krtaniowy kaszel. W ciągu całej mojej trzydziestoletniej kariery lekarskiej nie spotkałem podobnie korzystnego wyniku leczenia”.

czytaj więcej