HIPNOTYZM

Hipnoza jest zjawiskiem dotąd nie zgłębionym i wszelkie określenia im bardziej są mądre, tym mniej są zrozumiałe. Najlepszym chyba tego przykładem jest nasza Wielka encyklopedia, gdzie pod hasłem hipnoza czytamy:

„Stan podobny do snu, wywołany sztucznie przez hipnotyzera, polegający na obniżeniu aktywności kory mózgowej przez wytworzenie hamowania sennego z pominięciem tych obszarów korowych, w których znajdują odbicie słowa hipnotyzera”.

Rzeczywiście. Po przeczytaniu tej definicji obraz przedstawia się „wyraźnie” i każdy czytelnik wszystko doskonale zrozumie. Spróbujmy jednak objaśnić to jakoś prościej i mniej „fachowo”. A więc powiemy może, że hipnoza jest to podporządkowanie czyjejś psychiki woli hipnotyzera przez wprowadzenie jej w trans somnambuliczny, przez narzucenie pewnych zleceń do podświadomego wykonania.

Oczywiście i to określenie nie wyczerpuje tematu, daje tylko jakie takie pojęcie o dziedzinie, do której właśnie przystępujemy. Przede wszystkim: skąd ten pomysł przywędrował i kiedy? Historia wydaje się bardzo stara, gdyż na płaskorzeźbach starego Egiptu oglądamy już kapłanów w roli hipnotyzerów, a najstarsze rękopisy świata klasycznego mówią także o stosowaniu tej metody w lecznictwie. Tak zwane złe oko, jako symbol narzucania złej woli, istnieje w legendach wszystkich ludów od zarania historii. Rysowane też jest na dziobach prymitywnych, egzotycznych pirog. Słynny lekarz i myśliciel arabski Awicenna (980-1037) pisał, że myśl ludzka potrafi zarówno leczyć, jak i szkodzić na odległość, filozof zaś włoski Pomponazzi (1462-1525) przypisywał już umysłowi ludzkiemu taką siłę sugestywną, że relikwie – kości świętych zastąpione kośćmi zwierząt mogą czynić cuda pod warunkiem, że wierzący o tej zamianie nic nie wie. W wieku XVI lekarz imieniem Paracelsus za swoje bluźniercze przekonania był srodze prześladowany. Głosił on mianowicie, że człowiek jest w stanie zabić myślą na odległość. W wieku XVII żył także i pracował w Anglii niejaki Sheatrakes, który zupełnie jawnie leczył i uzdrawiał chorych pasażami rąk i koncentracją wzroku i, o dziwo, nikt go za to nie karał, bo wśród tysięcznych tłumów pacjentów i wielbicieli zbyt wielu było wpływowych protektorów. Owszem, kilkakrotnie badano jego metody, ale nigdy nie wykryto oszustwa. Jak widzimy więc, stosunki społeczne przez trzy wieki niewiele się zmieniły. Prekursorzy hipno- tyzmu, mimo swej współczesnej sławy, nie położyli trwałych fundamentów pod nową wiedzę. Uczynił to dopiero wielokrotnie już wspominany doktor medycyny Franciszek Antoni Mesmer. Zaczęło się to od… magnesu. Jeszcze podczas studiów uniwersyteckich zasugerował mu tę myśl profesor astronomii Hehl, który sam wierzył w leczniczy wpływ prądu magnetycznego między dwoma różnymi metalami. O tym metalolecznictwie mówiliśmy także w którymś z poprzednich rozdziałów, więc nie będziemy się tu powtarzali. Prócz tego prof. Hehl głosił, że ciało ludzkie wydziela fluid magnetyczny, którego siedlisko mieści się w mózgu. Wydzielając się na zewnątrz, fluid ten działa na odległość. Najskuteczniej uzdrawiają metale, kiedy się im nada kształt chorego narządu, a więc chory na serce ma nosić breloczek miedziany w kształcie serca, a pacjent cierpiący na wątrobę ma nosić blaszkę w formie wątroby. Mesmer był indywidualistą. Dość wcześnie wyrwał się spod wpływu profesora i zajął się magnetyzmem. Twierdził on, że istnieje tzw. magnetyzm zwierzęcy. W tym celu przeprowadzał zbiorowe seanse, wywołując sztucznie romantyczne nastroje śpiewami albo muzyką. W noc księżycową zebrani pacjenci, ujmując się za ręce, tworzyli koło. (Mówiliśmy już o tym w pierwszym rozdziale.)

Leave a reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>