Kojący wpływ muzyki

Wkrótce zauważono wielki, kojący wpływ muzyki. Przekonanie o tym cudownym wpływie było tak powszechne i tak silne, że na zlecenie miejscowych lekarzy władze miejskie angażowały specjalne orkiestry, aby grały na placach wciąż tę samą, ulubioną melodię, która z tej racji zyskała miano tarantelli. Monotonny rytm melodii najłatwiej wprowadzał chorych w stan półsennego somnambulizmu, kończącego się przeczyszczeniem żołądka. Nierzadko chorzy łączyli się w wielkie gromady, tańcując grupowo przez kilka dni bez przerwy, w końcu padali na bruk z wyczerpania. W myśl zaleceń lekarskich nie wolno było tego tańca przerywać, tylko zabierano pacjenta do łóżka, gdzie dostawał straszliwych potów. Po krótkim odpoczynku od nowa rozpoczynał swój opętany taniec.

Autor niniejszej książki żałuje niezmiernie, że nic nie słyszał o „tarantulizmie” w czasie, gdy jako lekarz pracował w Etiopii. Tam bowiem pewnego razu, w okresie najgorętszej suszy, wybuchła podobna zbiorowa psychoza. Nie było, co prawda, łączenia się pacjentów w grupy ani tanecznych piruetów, nie było też i muzyki. Po prostu nikomu na myśl nie przyszło, aby tym ludziom zagrać jakąś melodię. Nikt nie potrafił postawić trafnej diagnozy. W końcu zastrzyki witaminy Bj zażegnały niebezpieczeństwo. Nie jest wykluczone, że i z prowincji Apulii dałoby się wykorzenić „tarantulizm”, gdyby znano wówczas witaminę B,. Świadomość tego nie zmniejsza żalu: szkoda, że nie zagrałem nad uchem któregoś z moich pacjentów tarantelli Wieniawskiego albo Chopina.

Leave a reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>