Pokrewieństwo psychiczne

Najlepszym, niezbitym dowodem istnienia jakiegoś psychicznego „dubletu” jest pokrewieństwo psychiczne, a nawet całkowita wzajemna zależność bliźniąt pochodzących z jednego jaja płodowego. Przykładów takiej spójni mamy bez liku, są stwierdzone komisyjnie przez wiele powag i autorytetów. Nie miejsce tutaj na ich wyliczanie, przytoczę jeden tylko, który w zupełności winien wystarczyć i przekonać. Oto w szwedzkim miasteczku Torsaaker żyli właśnie tacy bliźniacy. Gdy jeden z nich uległ ciężkiemu wypadkowi samochodowemu, drugi (który był daleko i nic o tym wypadku nie wiedział) dostał silnych bólów w miejscach poranienia brata, tak że musiała go wziąć do szpitala karetka pogotowia. Cierpiał tak długo, aż brat wyzdrowiał. Odtąd obaj mieli trudności w nauce -jeden z powodu doznanego urazu czaszki, drugi po prostu z psychicznej solidarności. Kiedy pierwszemu sprawiono okulary, drugiemu także wzrok się pogorszył. Podobny wypadek miał miejsce także w Gimnazjum im. H. Sienkiewicza we Lwowie, gdzie stwierdzono u bliźniaków identyczny proces myślenia i postępowania. Celem łatwiejszej kontroli w nauce rozsadzono ich jak najdalej od siebie. Nic nie pomogło. Wszystkie wypracowania i matematyczne zadania podobne były do siebie jak dwie krople wody. Błędy się powtarzały.

Stwierdzenie takich zjawisk napotykało dotąd wielkie opory, nawet w świecie nauki. Ani najsumienniejsze i najdokładniejsze badania w tym przedmiocie, ani szczera chęć udokumentowania ich, ani dobór godnych zaufania komisji rzeczoznawców, nie dały rezultatu. Wszakże dowodów rzeczowych, mierzonych wagą i centymetrem, w tej dziedzinie być nie mogło. Dlatego wszystko a priori odrzucano z uśmiechem lekceważenia i pogardy, a kiedy zabrakło w dyskusji poważnych kontrargumentów, rozprawiono się jednym słowem, jednym bezwzględnym zarzutem: oszustwo! To dziwne. Gdy nikomu do głowy nie przyjdzie posądzać jakiegoś szacownego profesora fizyki czy chemii o fałszerstwo klisz albo płynu w probówce, tutaj, w świecie badań pozazmysłowych, dzieje się zupełnie inaczej. Tu każdy czuje się jakby w obowiązku najgodniejszym autorytetom zarzucić szalbierstwo. Doskonałym przykładem takiej psychopatologii jest stosunek krytyków do tak zwanych cudów w osławionym Lourdes. Nikt nie każe wierzyć w religijną świętość tej miejscowości. Można nie wiązać wcale zachodzących tam zjawisk z postacią Madonny, ale nie wolno gołosłownie zaprzeczać ich istnieniu. Nie wolno bezpodstawnie operować mocnym, a krzywdzącym epitetem oszustwa. Nie możemy zaprzeczyć opiniom specjalnej komisji kontrolnej w Lourdes, wybranej spośród najprzedniejszych i szanowanych tamtejszych obywateli, która to komisja dopiero po bardzo szczegółowym i fachowym badaniu leczonych przypadków ocenia ich znaczenie i ważność. Do roku 1970 tylko 68 wypadków uznała komisja za „cudowne”, to znaczy takie, których uleczenia ani lo- gika, ani wiedza fachowa wytłumaczyć nie potrafiły. O wielkiej ostrożności i solidności tej komisji niechaj świadczy następujący przykład: oto niejaki Jack Traynor, Anglik, zjawił się w Lourdes jako stuprocentowy inwalida, niezdolny do najlżejszej pracy. Z powodu rany wojennej miał on sparaliżowane prawe ramię, a w następstwie trepanacji czaszki silne i częste ataki epilepsji. Stan jego był tak ciężki, że lekarze zwątpili nawet w możliwość przetrzymania trudów podróży z Anglii do Francji. Jednak pacjent dojechał i dosłownie po kilku posiedzeniach w Lourdes wszystkie objawy chorobowe znikły, a po trzech latach chory zgłosił się do swojej kopalni jako górnik, całkowicie zdrów i zdolny do pracy. Komisja w Lourdes nie uznała jednak tego wypadku za „cudowny”, ponieważ większość objawów chorobowych miała podłoże psychoneurotyczne, a te choroby nie mogą być, w myśl regulaminu, brane pod uwagę.

Leave a reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>