Waleria Sikorzyna cz. II

Paraliż i inne choroby przestały być tutaj problemem. Wystarczy przeczytać tych kilkanaście listów z walizki. Ta historia na przykład z inżynierem Niekraszem. Oślepł z powodu skrzepu krwi. Specjaliści orzekli, że nadziei nie ma. Zjawił się u pani Walerii. Pół roku zaledwie minęło, jak wobec licznie zgromadzonych gości zajechało auto. Wysiadł z niego inżynier Niekrasz – wdzięczny, uleczony pacjent. Sam prowadził samochód.

Podobny też był przypadek z pewnym lekarzem angielskim. Stracił wzrok nagle, podczas dokonywanej przez siebie operacji. Podejrzewano wrzód mózgu. Robiono trepanację. Wszystko bezskutecznie. Załamany psychicznie doktor postanowił popełnić samobójstwo. W momencie, gdy podnosił rewolwer do skroni, wpadł do pokoju jego przyjaciel dr Kołodyński, Polak, i niewiele mówiąc przywiózł biedaka taksówką do pani Walerii. Wystarczyły cztery posiedzenia. Cztery tylko! I dziś pacjent ordynuje w Afryce Południowej.

Dla mnie, po przeczytaniu setek adresowanych do niej listów i po wysłuchaniu kilkunastu różnych pacjentów, ten nowy jeszcze „cud” przestał być dziwny, stał się rzeczą najzupełniej naturalną i możliwą. Oto wyjmuję z walizki list generała Ducha. Dziękuje on za wyleczenie żony. Trzy miesiące leżała w różnych szpitalach i nikt nie potrafił określić choroby. Po paru posiedzeniach u pani Walerii całkowicie wyzdrowiała.

Angielka, pani L., śpiewaczka operowa, zjawiła się z wyrokiem śmierci,‘diagnoza głosiła: „rak strun głosowych”. Błagała o ratunek. I oto na drugim już posiedzeniu „wypluła” raka z ust.

Leave a reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>