Waleria Sikorzyna cz. III

Szkoda słów. Tych wszystkich wdzięczności listy nie wykażą. Posłuchajmy lepiej opowiadania samej pani Walerii o dokonaniu przez nią tego prawdziwego „cudu”.

Którejś nocy zadzwonił telefon. Jedna ze znajomych Polek prosiła wzruszonym głosem, aby pani Waleria natychmiast przybyła do szpitala, gdzie umiera młody chłopak na zapalenie opon mózgowych. Pani Waleria wytłumaczyła: jest późna noc, zanim dojedzie z peryferii, i tak może być za późno. Mądrzej zaczekać do rana. Jeżeli chłopiec dożyje, ona bardzo chętnie udzieli mu dalszej pomocy. Na tym rozmowa się skończyła. Rano pani Waleria zerwała się z mocnym przekonaniem, że chłopak ją wzywa, że należy spieszyć się. Narzuca więc suknię i wpółprzytomna wypada z domu. Dopiero na ulicy uświadamia sobie, że nie zna adresu. Jednak nie cofa się. Jakoś trafi. Bezwolnie, jak zahipnotyzowana, wsiada do autobusu, potem do kolejki. Wysiada na jakiejś stacji. Biegnie stamtąd do innego autobusu. Jedzie. Wyskakuje przed wielkim szpitalem. Nie pyta nikogo. Pędzi przez korytarze, bez wahania, bez najmniejszej wątpliwości, aż zatrzymuje się przed wielkimi drzwiami. Tutaj na ławeczce, ze spuszczoną głową, siedzi samotna kobieta. Pani Waleria podbiega do niej, wyciąga ręce i woła: „Pani syn chory?” Tak, to była matka, a syn właśnie umierał na sali. Raz po raz wielkie drzwi się otwierały. Wpadali tam i wypadali stamtąd w pośpiechu lekarze i siostry. Wreszcie drzwi otwarto na ścieżaj. Można było już wchodzić. Już po wszystkim. Hiobową wieść łatwo było wyczytać na twarzach.

Pani Waleria chwyciła jedną z wychodzących sióstr za rękę, drugim ramieniem przygarnęła matkę i tak wbiegły razem na salę.

Leave a reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>