Woda, słońce i… homeopatia cz. II

Z głośników płynie teraz melodia piękna, specjalnie wybrana, najczęściej aria Nadira z Poławiaczy pereł lub Ave Maria Schuberta. Odurzeni tą muzyką pacjenci leżą przez 15 minut, po czym dr R. podchodzi do każdego z tyłu, kładzie mu na oczy palce i sugestywnym szeptem mówi: czatne. Ma piekarnie, wędzarnie i warsztaty wszetKiego rodzaju. Ma pocztę i wydawnictwo propagandowe. Wszystko własnymi rękami ludzi przyjaźnie uśmiechniętych. Po skończonej pracy (podobnie jak niegdyś Mesmer) łączą się w koła na medytację. Oni wierzą w jakąś łączność duchową międzyplanetarną, są jakby głosem pokoju, idącym w kosmiczną przestrzeń. Bliscy są filozofii Rudolfa Steinera. Pod względem organizacyjnym Findhorn przypomina izrael – Cuda… łerii niektórzy głośno chrapiąc zasypiali, inni wołali, że kończyny im drętwieją. Dzieci czasami płakały, skarżąc się, że je w nóżki „szczypie”. Większość zaś nie reagowała wcale. Do tych ostatnich i ja należałem. Ale podczas ostatniej wizyty odczułem ciężar w dłoniach, jakby je ołowiem ktoś napełnił. To nie była imaginacja. Poruszałem palcami, chcąc sprawdzić. Ręce były jakby obce, zmęczone i ociężałe. Rozumiem, że działanie magnetyzmu supernaturalne- go, a tym bardziej jasnowidztwa, sprzeczne jest z ideą ma- skie kibuce, tylko tamte pozbawione są mistycyzmu. Są bardziej merkantylne, nie mają tego podszycia sentymentalnego. W kibucach nie rozmawiają z roślinami. Findhorn żyje własnymi prawami i obyczajami. Nawet ślubne ceremonie odbywają się we własnym zakresie.

Woda, słońce i… homeopatia. To życie Findhornu. Kto chce psychicznie się odrodzić, niech jedzie do Findhornu albo zakłada własne towarzystwo uduchowienia.

Leave a reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>